wtorek, 17 grudnia 2019

Jak przetrwac swieta?

Co roku przeżywamy święta. Święta Bożego Narodzenia są szczególne. Pierwszym skojarzeniem wykreowanym przez świat reklamy są uśmiechnięte rodziny, piękne prezenty i ogólnie panująca sielanka oddająca atmosferę świąt. Jednak czy taki obraz jest prawdziwy? Czy święta są jak pyszna czekoladka lub słodki cukierek?
Być może to, co tu napiszę, nie przysporzy mi popularności. Mimo to odważę się to powiedzieć. Święta to ogromny stres! Zostały nawet uwzględnione na skali stresu Holmesa i Rahe’a. Wyceniono je na 12 punktów, czyli są bardziej stresujące niż małe naruszenie przepisów prawa (11), a mniej niż urlop (13) . Gdybyśmy przezywali takie świętą trzy razy do roku, było by to porównywalne ze stresem wywołanym śmiercią przyjaciela (37), a gdyby dziewięć razy – ze śmiercią współmałżonka (100), która jest uważana przez tych naukowców za najbardziej stresującą sytuację. Jak widać są dowody na to, że święta to stres i nie ma co z tym polemizować. Tak po prostu jest.
Trudno od nich uciec, chociaż można spróbować. Można też nie uciekać, tylko stawić im czoła. W jaki sposób? Moim zdaniem chyba najlepiej przez odpowiednie nastawienie. Już sam Winston Churchill mówił, że „nastawienie to drobnostka, która zmienia wszystko”.
Był taki czas, kiedy wierzyłam w „magię świąt”. Naiwnie myślałam, że czerwona kartka w kalendarzu sprawi, że czyjaś złośliwość wyparuje, ktoś będzie dla mnie milszy, wyrozumialszy czy bardziej ludzki. Teraz już wiem, że „magia świąt” tak nie działa. „Magia świąt” to mój szczególny filtr na wszystkie sytuacje w tych świątecznych dniach, to ja sama dla siebie mogę stać się bardziej wyrozumiała, mniej małostkowa i pogodniejsza.
Jeśli mam powiedzieć, jak przetrwać święta, to powiem krótko i prosto: nie oczekiwać cudów, najlepiej to w ogóle niczego nie oczekiwać, tylko liczyć na siebie. Może to bardzo brutalne, ale niestety realne. Bo jak mogę oczekiwać, że będzie miła i rodzinna atmosfera, jeśli sama się o nią nie zatroszczę? A żeby zatroszczyć się o cokolwiek, najpierw przede wszystkim trzeba zatroszczyć się o siebie. Zadbać o to, aby być zdrowym, wyspanym i w dobrym humorze. Wtedy zdecydowanie łatwiej znosi się wszystkie stresujące świąteczne sytuacje, których absolutnie nikomu nie życzę. Niemniej jednak wiem, jak to często bywa.
Do świąt zostało jeszcze trochę czasu, w moim odczuciu wystarczająco dużo, aby pomyśleć o sobie. Aby się zastanowić, czy koniecznie trzeba umyć wszystkie okna? Może wystarczy zetrzeć kurze albo ubrać choinkę? To Ty decydujesz co „musisz” zrobić na święta!

wtorek, 3 grudnia 2019

Zapraszam do klubu

Profesor Antonii Kępiński wprowadził wiele dobrego do współczesnej psychiatrii. Jedną z małych, wielkich rewolucji było założenie Klubu byłego pacjenta, który był miejscem spotkań dla jego podopiecznych.  Z dużym powodzeniem tego typu kluby zaczęły powstawać także poza Krakowem. Niestety zazwyczaj już pod nazwą Klubu Pacjenta, a uważam, że ta pierwotna nazwa była trafniejsza i dawała większą nadzieję na zdrowie i zdrowienie. Nie będę kruszyć kopii o nazwę, chcę Wam przybliżyć samą ideę takiej formy rehabilitacji społecznej.
W bliskim (geograficznie i mentalnie) mi Centrum Psychiatrii w Katowicach działa taki klub.  Oficjalnie powstał wraz z Zespołem Leczenia Środowiskowego w 2010 roku i przez lata współdziałał z Klubem grupy rodzin. Był przeznaczony dla osób, które nie chciały lub nie mogły skorzystać z opieki Środowiskowego Domu Samopomocy, nie kwalifikowały się też na oddział dzienny. Wcześniej funkcjonował w sposób nieformalny. W dużej mierze był wynikiem kultywowania relacji towarzyskich powstałych w czasie pobytu w szpitalu, ale czasem niektórzy byli pacjenci przychodzili do szpitala się stołować, gdyż nie było ich stać na jedzenie, a w szpitalu mogli liczyć na miskę zupy. W ten sposób na korytarzach tworzyły się wspierające więzi.
Obecnie Klub Pacjenta w Szopienicach ma w dużej mierze charakter terapeutyczny. Po części jest też  grupą wsparcia i daje możliwość kontaktu z profesjonalistą (psychologiem lub psychiatrą) . Nie ma kolejki, a spotkania są otwarte dla wszystkich pacjentów Centrum Psychiatrii. Odbywają się regularnie w każdy wtorek i czwartek od 10:30 do 12:00. W czasie takiego spotkania można liczyć na kawę lub herbatę. Jest czas, aby każdy mógł się wypowiedzieć i zostać wysłuchanym. Czasem jest też wspólny spacer, gimnastyka lub zabawa w gry planszowe czy kalambury – zależy od preferencji uczestników. Dzięki technice XXI wieku w zajęciach klubu bierze udział nawet pan, który od dawna nie wychodzi z domu – łączymy się z nim przez komunikator internetowy lub telefon. W ten sposób jest możliwy jego udział w spotkaniu z innymi ludźmi.  Kontakt z drugim człowiekiem jest bardzo ważny, bo – jak wiadomo – samotność zabija i takiej właśnie samotności klub przeciwdziała.
Moim zdaniem to, co dzieje się w Klubie, jest piękne. Ludzie powoli wracają do pełnienia ról społecznych, uczą się budować nowe relacje. Mają okazję znowu stać się sobą. Uważam to za bardzo ważny element rehabilitacji społecznej. Chciałabym, aby kluby były dostępne dla każdego pacjenta opuszczającego szpital. A czy Wy korzystaliście kiedyś z zajęć Klubu Pacjenta albo słyszeliście o jakimś w swojej okolicy? Zapraszam do podzielenia się swoimi doświadczeniami.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Nie jestem wojownikiem

Kilka dni temu obchodziłam swoje urodziny. Zazwyczaj przed tym świętem jestem w melancholijnym nastroju. Nie zawsze jestem z siebie zadowolona. Mam tendencje do wyolbrzymiania porażek, a wręcz kreowania ich. Kiedy to po raz kolejny miałam ochotę cicho zapłakać w kąciku nad moim losem, nad tym, jaka jestem nieporadna i nieogarnięta, powiedziałam sobie STOP! Sama sobą potrzasnęłam i spojrzałam na fakty. Popatrzałam na moje dotychczasowe życie i zmierzyłam je swoją własną miarą. Dzięki temu doszłam do wniosku, że jednak jestem z siebie DUMNA i napiszę o tym publicznie, abym w gorszych chwilach mogła spojrzeć na ten tekst i przeczytać to czarno na białym. 
Czy mam powody, aby być z siebie dumna? Oczywiście i jest ich wiele. Tutaj przytoczę tylko te, które są związane z zdrowieniem i rozwojem. 
Pamiętam lata, kiedy przed urodzinami towarzyszył mi okropny stres. Bałam się odwiedzin, bałam się telefonów z życzeniami. Z większością ludzi (nawet bliskich) nie chciałam mieć jakiegokolwiek kontaktu. Jak to wyglądało w tym roku? Już na miesiąc przed tym wydarzeniem sporządziłam plan moich obchodów urodzinowych. Zrobiłam listę, wyciągnęłam telefon, zadzwoniłam, zaprosiłam.  Wyodrębniłam grupy (np. rodzina, przyjaciółki) i zorganizowałam dla nich specjalne spotkania, czyli skromne przyjęcia urodzinowe. Nie wiem, czy ktoś jest w stanie zrozumieć, jaka jestem z siebie zadowolona, że pomyślałam o tym, aby zamówić słodkości, zarezerwować miejsce w kawiarni, przygotować się do celebracji własnego święta. Krótko mówiąc, być ważną dla samej siebie.
Pamiętam lata, kiedy trudno mi było się komunikować. Miałam problem z mówieniem na wiele tematów. Do dzisiaj zdarza mi się płakać, kiedy mówię o czymś, co mnie porusza, jednak był czas, kiedy łzy na mojej twarzy pojawiały się jako reakcja na pytanie „co byś chciała zjeść?”. Myślę, że zrobiłam duży postęp z mówieniem. Ba, na co dzień wypowiadam się ładnie i składnie, co możecie sprawdzić chociażby w audycji Radia Katowice (do posłuchania tutaj). To, że potrafię mówić, jest dla mnie bardzo ważne.
Jestem też dumna z moich wszystkich działań na rzecz zdrowienia i popularyzacji zdrowia. W dużej mierze wiele tych rzeczy zdarzyło się dzięki prowadzeniu tego bloga. Gdyby nie ta działalność, prawdopodobnie nie byłabym uczestnikiem warsztatów w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, nie byłabym członkiem Akademii Liderów Cogito,  nie prowadziłabym warsztatów w korporacjach, nie występowałabym w mediach. Myślę, że to wszystko są małe sukcesy i wielkie osiągnięcia, z których mogę być dumna.
Zapomniałabym jeszcze o najważniejszym sukcesie. Mojej pracy nad zdrowiem. W tej rozgrywce, ani choroba, ani ja nie powiedziałyśmy jeszcze ostatniego słowa. Dyskusja trwa. Są różne chwile, każdemu zdarza się objąć prowadzenie, ale obie jesteśmy czujne. Niedawno zdałam sobie sprawę, że to nie jest walka, tylko współpraca. I to nie współpraca z chorobą, tylko z własnym organizmem. Praca nad umacnianiem siebie. I z tej pracy jestem szczególnie dumna!

poniedziałek, 4 listopada 2019

Jak przetrwać listopad?

To całkiem naturalne, zawsze po wakacjach przychodzi jesień. Najpierw wrzesień, październik, a potem listopad. Miesiąc, który jest dla mnie wyzwaniem. Wielkim wyzwaniem, aby go przetrwać bez depresji. Krótki dzień, mało słońca, dużo szarości – to nie są warunki, które sprzyjają dobremu samopoczuciu, a już na pewno nie w moim wypadku. 
30 dni między cmentarnymi spacerami a laniem wosku. 30 krótkich dni, które dla mnie trwają bardzo długo. Dla mnie to chyba najdłuższy miesiąc w roku. Zawsze trudno mi go przetrwać, ale z roku na rok staram się robić coraz więcej, aby było lżej. 
Tym razem wydaje mi się, że jestem świetnie przygotowana. Kalendarz na ten czas nie pęka w szwach, chociaż poza regularnymi zajęciami są tam dodatkowe warsztaty i konferencje, to mam nadzieję, że wszystko tak rozplanowałam, że będzie dobrze. Jak będzie, to się okaże.
Co zamierzam robić, aby ten listopad minął mi lżej? Mam kilka pomysłów, którymi się z Wami podzielę. Pierwszy z nich to saunowanie. Kiedy byłam małym dzieckiem, w drugiej klasie podstawówki, zawsze po basenie szliśmy na 10 minut do sauny. Wtedy w ogóle mi się to nie podobało. Szczerze, to nienawidziłam tego. Użyję pewnego kolokwializmu – „Człowiek nie krowa, poglądy zmienia”. Od lat jestem prawdziwą fanką sauny. Lubię tylko suchą, bo wydaje mi się bardziej higieniczna od parowej, ale oba rozwiązania mają swoje zalety. Moje wyjście na saunę trwa zazwyczaj 1,5-2 godziny. To cudowny relaks. Lubię się tak wygrzać, zwłaszcza teraz, gdy na dworze temperatury są niskie. Lubię poleżeć na leżance i popatrzeć na las na fototapecie w pokoju relaksu. Lubię pobyć sama ze sobą i mam to szczęście, że zazwyczaj udaje mi się znaleźć taki moment na saunowanie, kiedy nie ma innych chętnych.
Listopad w mojej kuchni będzie mieć kolor pomarańczowy. Zamierzam jadać krem z dyni, dyniowe kaszotto z masłem orzechowym, kaszę jęczmienną z kurkumą i dynią, a także inne potrawy bez dyni, ale dyni będzie dużo. Dlaczego? Bo teraz jest sezon na dynię, a to bardzo zdrowe warzywo, bogate w minerały i witaminy, sycące, a do tego niskokaloryczne. No i jeszcze ten piękny, smakowity kolor. Gorąco polecam dyniowe dania.
Nie wiem jeszcze, jaka będzie pogoda, ale bardzo bym chciała regularnie spacerować. Starałam się tak zaopatrzyć moją garderobę, aby nie było dla mnie złej pogody. Być może zakupię maskę antysmogową, bo jakość powietrza pozostawia wiele do życzenia, mimo tego mam nadzieję, że uda mi się regularnie odwiedzać parki.
Ostatnie, ale wcale nie najmniej ważne: sen! Sen w odpowiedniej dawce. Moja odpowiednia dawka snu to ponad 9 godzin, ale każdy ma swój organizm i swoje potrzeby. Ja zamierzam spać tyle, ile potrzebuję i wierzę że pomoże mi to utrzymać zdrowie.
Jestem ciekawa, czy Wy macie jakieś swoje sposoby na zapobieganie listopadowej depresji? Jeśli tak, chętnie je poznam. Dzielcie się nimi w komentarzach na blogu lub fb.

poniedziałek, 21 października 2019

Samostanowienie



Samostanowienie – temat trudny dla przeciętnego człowieka, a jeszcze trudniejszy dla osób, które doświadczyły kryzysu psychicznego, a nawet psychozy (czym jest psychoza pisałam tutaj link).
Czym jest samostanowienie? Własnym zdaniem? Pomysłem na siebie? Odpowiedzialnością? Myślę, że wszystkim po trochu. Psychologiczna teoria samostanowienia mówi, że ludzie są zmotywowani do wzrostu i zmiany przez wrodzone potrzeby psychologiczne. Może wydaje się to trochę skomplikowane, ale absolutnie nie jest oderwane od realiów współczesnego świata. Najłatwiej będzie mi napisać o moim własnym samostanowieniu.
Generalnie od zawsze wiedziałam, czego chciałam i twardo stąpałam po ziemi. Tak było do czasu, kiedy pojawiła się w moim życiu choroba i okazało się, że nie powinnam robić tego, co chcę. Przykład wezmę dość radykalny, ale chyba dosadny. Miałam myśli samobójcze, chciałam samozagłady, śmierci. Jednak jakiś instynkt powstrzymywał mnie przed ostatecznym krokiem. W tym wypadku bardzo dobrze, że nie byłam skuteczna w realizacji swoich planów. Często na skutek choroby człowiek staje się oderwany od własnej tożsamości. Dzieje się tak chyba dlatego, że w czasie psychozy, a w zasadzie po jej doświadczeniu, nabiera się wyuczonej bezradności. Generalnie każdy kryzys w życiu sprzyja wzrastaniu postawy biernej i wycofanej. Pytanie brzmi, jak to zmienić i wrócić do pełnego życia, w którym można wziąć odpowiedzialność za swoje działania?
Mnie było trudno podejmować jakiekolwiek decyzje. Po wyjściu ze szpitala bałam się, że każda będzie zła. I nie chodzi mi tu o wielkie sprawy, tylko wyjście na spacer. Pilnowałam, żeby wychodzić na spacer raz w tygodniu i byłam z siebie dumna, że potrafię chociaż raz w tygodniu wykazać taką inicjatywę. O czymś zadecydować i to wykonać. Co więcej, do spacerów nikt mnie nie musiał namawiać. Wiedziałam, że mi to służy. Mimo to stałam w miejscu i nie miałam odwagi podejmować jakichkolwiek innych aktywności. Moja mądra lekarka, Aleksandra Barabasz-Gembczyk, podsunęła mi w czasie jeden z wizyt tytuły kilku książek. Nie byłam pewna, czy mi coś pomogą. Porozmawiałam o tym na terapii i już za tydzień pierwszą z nich pożyczyła mi pani psycholog. Chodzi mi o książki Arnhild Lauveng, „Niepotrzebna jak róża. Potrzeba normalności w chorobie psychicznej” i „Byłam po drugiej stronie lustra. Wygrana walka ze schizofrenią”. Te książki były krokiem milowym w procesie mojego zdrowienia (więcej o tych książkach pisałam tutaj). Ich autorka, która sama doświadczyła kryzysu psychicznego i spędziła wiele lat w szpitalach i innych ośrodkach leczenia, na własnym przykładzie pokazała mi, że mimo tak ciężkich doświadczeń człowiek nadal ma prawo samostanowić. Trzeba się tylko odważyć!
Dla mnie był to bardzo trudny proces. Pamiętam, jak szukałam wsparcia w najbliższym otoczeniu. Mam wielkie szczęście, bo zazwyczaj je otrzymywałam. Nie wiem, jaka jest Twoja sytuacja. Czy możesz liczyć na bliskich albo pomoc innych. Wiem jedno: warto podjąć ten trud, aby wrócić do siebie! Powodzenia, trzymam za Ciebie kciuki.

poniedziałek, 7 października 2019

To już rok!

Zawsze się cieszę, kiedy tu zaglądasz. Dziś cieszę się wyjątkowo, jeszcze bardziej niż zwykle. Dziś są moje urodziny! Nie moje osobiste, tylko mojego bloga! Piszę dla Was (i dla siebie) już od roku. To niesamowite, jak wielką moc mają słowa, a połączone z globalnym zasięgiem Internetu są bardzo silnym narzędziem. Narzędziem do zmieniania świata i dziś będzie o małych, wielkich zmianach.
Co się zmieniło w moim życiu dzięki pisaniu tego bloga? Może niewiele, ale jednak zawsze coś. Regularne pisanie tekstów, to świetne ćwiczenie z systematyczności i konsekwencji, czyli wierności samej sobie. To przejaw mojego samostanowienia, o którym więcej napiszę wkrótce. To też możliwość dzielenia się z innymi tym, co jest dla mnie ważne. To też forma propagowania wiedzy o zdrowiu psychicznym. Dzięki założeniu tego bloga mogłam pomóc tym, którzy tego potrzebowali, a nie wiedzieli, jak i gdzie szukać pomocy. Jest to też miejsce mojej kreacji jako eksperta przez doświadczenie. Wystąpiłam w radiu i telewizji. Z tego radiowego występu jestem szczególnie zadowolona i gorąco polecam go Waszej uwadze. Trzeba zainwestować 30 minut, ale myślę, że warto posłuchać.
Będzie trochę matematyki, a dokładniej statystyki. Przez ten rok opublikowałam ponad 70 wpisów, czyli więcej niż jeden na tydzień. Najpopularniejszym postem jest ten, z najbardziej „skandalicznym” tytułem: „ Jestem chora psychicznie, jestem normalna”. Mnie najbardziej cieszy fakt, że nawet w okresie wakacyjno-depresyjnym, kiedy zawiesiłam publikowanie nowych treści, każdego dnia ktoś nadal korzystał z tego, co przygotowałam wcześniej. To właśnie dzięki temu wiem, że ta praca ma jakiś sens. Że treści te są dostępna zawsze i wszędzie dla każdego, kto ma Internet i zna język polski. Dzięki temu mogłam pomóc osobom żyjącym na emigracji i jest to dla mnie ogromna satysfakcja.
Czy coś się jeszcze zmieniło? Tak, bardziej wierzę w swoją moc sprawczą. Widzę namacalne efekty własnej pracy i jestem z tego dumna. Z tego, że potrafię być konsekwentna w działaniu i pisać teksty, które mają grono stałych czytelników. Cieszę się, że tu jestem i cieszę się, że Wy tu jesteście. 

poniedziałek, 30 września 2019

II Kongres Zdrowia Psychicznego

Nadszedł czas na spóźnioną relacje z II Kongresu Zdrowia Psychicznego, który odbył się na początku czerwca bieżącego roku w Warszawie. Nawet się cieszę, że piszę o tym dopiero teraz. Już ochłonęłam, pewne rzeczy miały czas się zadziać i są już pierwsze efekty tego wydarzenia.
Kongres odbywał się w Pałacu Kultury i Nauki, a jego zakończenie miało miejsce na ulicach Warszawy w formie Marszu o Godność i finału akcji #stoppsychofobii. Wisienką na torcie było wręczenie Deklaracji Warszawskiej II Kongresu na ręce przedstawiciela rządu oraz apelu do parlamentarzystów o nieużywanie słownictwa psychiatrycznego w kontaktach ze swoimi przeciwnikami. 
Czy organizacja tej imprezy miała sens? Miała i to ogromny. Mimo tego, że media publiczne przemilczały ten temat. Wielka szkoda, bo nawet sam Prezydent Andrzej Duda objął Kongres honorowym patronatem. Jak widać to za mało, aby przykuć uwagę większości dziennikarzy.
Mimo wszystko, są realne efekty. Pozwolę sobie przedstawić listę opracowaną przez komitet organizacyjny Kongresu:
1. Minister Zdrowia Łukasz Szumowski powołał Pełnomocnika do spraw reformy w psychiatrii.  Stanowisko to powierzył Panu dr. Markowi Balickiemu
2. W Ministerstwie Zdrowia został powołany zespół do spraw pilotażu programu psychiatrii środowiskowej w ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. Do udziału w pracach zespołu zostały zaproszone również osoby z doświadczeniem kryzysów psychicznych, aktywnie działające na rzecz zmian w polskiej psychiatrii, w tym przedstawiciele Asystentów Zdrowienia.
3. Przedstawiciele Kongresu Zdrowia Psychicznego, a zarazem Fundacji eF kropka, Asystenci Zdrowienia, Anna Olearczuk i Krzysztof Rogowski zostali powołani do Rady do spraw Zdrowia
Psychicznego przy Ministrze Zdrowia.
4. Trwają pracę nad rozszerzeniem pilotażu w centrach zdrowia psychicznego, już w przyszłym roku mają objąć opieką do 6 mln. osób (obecnie ok. 3 mln.) i objąć swoim działaniem już wszystkie województwa.
5. Trwają pracę nad włączeniem kwalifikacji „Asystent Zdrowienia” do Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji, czyli nad utworzeniem zawodu „Asystent Zdrowienia”.
6. Przy wsparciu Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, powstało Stowarzyszenie Asystentów Zdrowienia, którego prezesem została Pani Agnieszka Polak. Obecnie trwa procedura rejestracji stowarzyszenia.
7. Rada Ministrów przyjęła projekt noweli ustawy dot. specjalistów w ochronie zdrowia.
8. Rusza reforma psychiatrii dzieci i młodzieży.
Moim zdaniem to bardzo dużo! Myślę, że bez zaangażowania i pracy wielu wolontariuszy  oraz profesjonalistów, zmiany te nie miałyby miejsca. Cieszę się, że nareszcie jest słyszalny głos osób zajmujących się zdrowiem psychicznym oraz użytkowników psychiatrycznej służby zdrowia, czyli pacjentów. Mam nadzieję, że dalsze kroki przyniosą poprawę nie tylko w papierowym funkcjonowaniu systemu opieki zdrowotnej, ale będą odczuwalne także dla każdego człowieka w kryzysie lub tego, który właśnie opuszcza szpital.

Tekst powstał na podstawie materiałów komitetu organizacyjnego Kongresu Zdrowia Psychicznego

poniedziałek, 23 września 2019

Szacunek w szkole

Niedawno rozpoczął się rok szkolny, więc to idealna pora, aby podjąć trudny dla mnie temat. Temat, do którego sama zabieram się jak pies do jeża od dłuższego czasu. Przechodząc do sedna, powiem wprost, chodzi mi o szacunek do najmłodszych. A konkretniej jego brak ze strony nauczycieli i innych pracowników grona pedagogicznego. Ktoś mógłby mi zarzucić, że pewnie nie wiem, o czym mówię. Nie mam dzieci w szkole, a sama chodziłam do niej bardzo dawno. Jest to tylko częściowa prawda. Jestem pełnoetatową ciotką, matką chrzestną, która z pełnym zaangażowaniem poświęca swój czas na pomoc w wychowaniu dzieci. Fakt, nie zajmuję się dziećmi codziennie, jednak często odbieram je ze szkoły. Odrabiam z nimi lekcje, zaprowadzam na zajęcia dodatkowe, uczestniczę w ich życiu kibicując w zawodach sportowych, ale także czasem chodzę na zebrania lub indywidualne interwencje u nauczycieli, jeśli zajdzie taka potrzeba. Oczywiście wolałabym nie czyhać na nauczycieli po lekcjach, ale czasem sytuacja zmusza do pilnego kontaktu. „Moje” dzieci nie sprawiają problemów wychowawczych, mają bardzo dobre oceny. Więc o co mi chodzi? Dlaczego w ogóle się odzywam? Uważam, że wiele dzieci – a w zasadzie wszystkie – są ofiarami absolutnego braku szacunku ze strony nauczycieli. Nie chcę powiedzieć, że wszyscy pracownicy oświaty są do bani, bo na pewno znajdą się jednostki godne naśladowania. Mówię o ogólnej tendencji, którą obserwuję w szkołach.
Sytuacji, które sprawiły że zagotowała się krew w moich żyłach było wiele. Przytoczę tylko niektóre z nich, takie jak zgubienie kartkówki i wmawianie dziecku, że nie podpisało kartki (połączone z próbą wciśnięcia pracy innego dziecka). Obniżanie oceny za zastosowanie przemienności mnożenia, bo w kluczu odpowiedzi jest 5 x 3, a nie 3 x 5! Czy przywłaszczanie cudzej własności (i zgubienie jej!), tylko dlatego że dziecko miało ze sobą w szkole zabawkę, z której korzystało na przerwie. I jeszcze wisienka na torcie, jakże pedagogiczne zwracanie się do dziecka, chcącego podzielić się swoim wynikiem matematycznych obliczeń: „ A Ty to już się przymknij!” Brawo! Takich cudownych nauczycieli wykształciła demokratyczna Polska.
Zdaję sobie sprawę, że jest wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. Nie chcę tego analizować, nikogo oskarżać ani usprawiedliwiać. Fakt, który mnie niepokoi, to to, że tacy pedagodzy wychowują nasze dzieci. Nie tylko nie uczą, ale przede wszystkim nie wychowują jak należy!
Kondycja psychiczna dzieci i młodzieży pozostawia wiele do życzenia, a stan psychiatrycznej służy zdrowia jest fatalny. Jednak czy to dziwne, kiedy dzieci są pozbawione odpowiednich wzorców prezentowanych przez szkołę? Wiem, że za wychowanie dzieci odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice, jednak bardzo często, jeśli oboje rodzice pracują, w szkole dzieci spędzają nawet 8 godzin dziennie lub więcej! Siłą rzeczy nasiąkają tym, co przekazują im nauczyciele i wychowawcy w świetlicy.
Po co to piszę? Bo chce zwrócić uwagę na korelację między procesem wychowawczym, a zdrowiem psychicznym. Przecież to w szkołach pracują pedagodzy i psychologowie, którzy są na pierwszej linii frontu w wykrywaniu zaburzeń u dzieci i młodzieży. Szkoła powinna być miejscem, które dba nie tylko o zdawalność egzaminów kończących poszczególne etapy nauki, ale także miejscem socjalizacji i rozwoju dziecka. Wiem, że naraz , sama świata nie zmienię, ale nie zamierzam nic nie robić. Za każdym razem, kiedy pojawia się niepokojąca sytuacja, interweniuję i tłumaczę dziecku, co się wydarzyło i jak można postąpić. Szkoda tylko, że z reguły nie robią tego nauczyciele, a samo ich postępowanie pozostawia wiele do życzenia…

poniedziałek, 16 września 2019

Emocjonalna reanimacja

Lubię się rozwijać. W miarę możliwości biorę udział w wydarzeniach związanych ze zdrowiem, a szczególnie ze zdrowiem psychicznym i zdrowym społeczeństwem. Z okazji śląskich obchodów Międzynarodowego Dnia Zdrowia Psychicznego Fundacja Wielogłosu wraz z uniwersytetem SWPS zorganizowała konferencję „Rola społeczności w procesie zdrowienia osób po kryzysie psychicznym”. Jednym z gości tego wydarzenia był Daniel Fisher, amerykański badacz mózgu i serca, naukowiec, psychiatra, a zarazem pacjent psychiatryczny.

Daniel Fisher to postać o bardzo bogatym życiorysie, ale nie o tym chcę pisać. Tym, czym chciałabym się z Wami podzielić, jest nowatorska forma leczenia zaburzeń psychicznych oparta o jego własne doświadczenia i badania: e-CPR, czyli emocjonalna reanimacja. O tej metodzie można by napisać całą książkę, ale tutaj tylko zasygnalizuję jej główne założenia.

Ten tajemniczy skrót nie jest nazwą żadnego badania jak EEG czy EKG. Jego rozwinięcie jest bardzo proste:

E – emotional – emocjonalny

C – connect – nawiązanie więzi, współodczuwanie

P – emPower – wsparcie, dowartościowanie, wzmocnienie

R – revitalize – odbuduj życie drugiego człowieka w społeczności poprzez przywrócenie równowagi oraz ponowne nawiązanie kontaktów, wprowadzenie rutyny oraz przyjęcie ról społecznych

Podstawowym założeniem tej metody jest wzajemna pomoc, której można doświadczyć dzięki autentycznej, serdecznej więzi opartej na wzajemnym wsparciu. Samopomoc jest wzorowana na programie 12 kroków Anonimowych Alkoholików, który od wielu lat skutecznie pomaga ludziom na całym świecie.

Kryzys psychiczny, to kryzys emocjonalny, który jest naturalna reakcją na nadzwyczajne wydarzenie (może to być śmierć bliskiej osoby, huragan, utrata pracy lub jakakolwiek inna trauma). Osoba doświadczająca kryzysu wymyśla kreatywne sposoby, by siebie chronić. Te rozwiązania mogą być dla innych dziwaczne, niezrozumiałe, a nawet szalone. eCPR mówi, że te pozornie niezwykłe zachowania są swoistym systemem obronnym. Osoba przechodząca kryzys doświadcza wzmocnienia poprzez więź z osobą wspierającą, która daje nadzieję, na powrót do zdrowia.

Pierwsze pytanie, jakie według programu e-CPR należy zadać, to „Co Ci się przytrafiło?”, a nie, jak często pytamy, „Co jest z Tobą nie tak?”. Wymaga to relacji pełnej wzajemnego szacunku i stawia osobę w kryzysie i osobę wspierającą na tym samym poziomie w relacji. Nie ma podwładnego chorego i wszechwiedzącego lekarza lub terapeuty.

Zestawienie  głównych założeń metody e-CPR i tradycyjnego leczenia w zwięzły sposób przedstawia poniższa tabla.


Podejście tradycyjne
e-CPR
Więź emocjonalna
Zaangażuj się werbalnie zadając pytania, aby postawić diagnozę;
Powstrzymuj się od okazywania emocji, aby utrzymać granice
Przede wszystkim odczuwasz obecność innej osoby całym swoim jestestwem;
Wyraź emocje dzięki kanałom komunikacji, które pomagają w nawiązywaniu więzi

Wzmacnianie
Wytłumacz, oceń i napraw;
Specjalista wie, co jest niewłaściwe i wie, jak naprawić problem; specjaliści uważają, że mogą uleczyć osobę w kryzysie
Nie ma potrzeby wyjaśniać, naprawiać lub radzić drugiej osobie;
Poprzez siłę nawiązania więzi możemy razem eksplorować niepewność nieznanego; obie osoby odkrywają swoją mądrość poprzez połączenie dwóch serc, moc uzdrawiająca jest w relacji
Rewitalizacja
Cel: specjalista ulży w odczuwaniu symptomów człowiekowi, który nazywany jest osobą chorą
Cel: wspólne doświadczenie nowego życia i nowej nadziei



Z pewnością oba podejścia mają swoich zwolenników. Tradycyjna szkoła pozwala na minimalizację kosztów emocjonalnych po stronie lekarza. Osoba ta nie musi się w żaden sposób angażować w relację z pacjentem, czyni go osobą podwładną i pozbawioną praw. Metoda e-CPR zakłada pełne emocjonalne zaangażowanie osoby wspierającej, ale daje też szanse „chorującemu” na samostanowienie i czerpanie z własnego doświadczenia, jakim jest kryzys.

Z własnego doświadczenia wiem, że e-CPR daje ogromne szanse, sama też występowałam jako osoba wspierająca i doświadczyłam kosztów emocjonalnych z tym związanych. Mimo wszystko w generalnym rozrachunku uważam, że leczenie e-CPR powinno być dostępne dla każdego. Jestem ciekawa, czy dożyję takich czasów. Byłoby to cudowne!

Jeśli zainteresował Was ten temat i chcecie się dowiedzieć więcej, dajcie znać. Chętnie podzielę się swoją wiedzą.



Tekst powstał na podstawie materiałów warsztatowych autorstwa Daniela Fishera i Margaret Zawiszy

poniedziałek, 9 września 2019

Jak przeżywałam depresję?



Wróciłam do aktywnego życia i pisania po trzymiesięcznej przerwie. Trochę to były wakacje, trochę chorowanie i rekonwalescencja. Jest dobrze! I chwała Panu za to, że jest, jak jest. Jednak nie tak dawno nie było aż tak dobrze. Miałam problemy ze snem, z aktywizacją, z samostanowieniem i podejmowaniem decyzji. Było mi z tym źle. Czułam się bezradna i nawet użycie całej silnej woli, aby poczuć się lepiej, nie pomagało. W pewnym momencie skapitulowałam sama przed sobą. Powiedziałam sobie: „Ok, najwyżej nie będę wstawać z łóżka, pójdę do szpitala na jakiś czas. Tam też jest życie.” Trochę inne, kiedyś już o tym pisałam. Zawsze to jakieś życie.

Po każdej burzy kiedyś wyjdzie słońce. Trzeba tylko być cierpliwym, czas zawsze minie. Depresja też minie. Byłam taka bezradna, że nie pozostało mi nic innego jak „zgodzić” się na chorowanie (jakby ktokolwiek pytał mnie o zdanie). Zgodzić się na chorowanie, to zgodzić się na zdrowienie. I wtedy nastąpił przełom. Podczas wizyty u lekarza powiedziałam, jak się czuję, tak od serca. Dwa tygodnie wcześniej w czasie rozmowy z lekarzem stanowczo zaprzeczyłam depresji i podawałam masę argumentów popierających tezę, że myśli samobójcze są absolutnie naturalne i nie są żadnym objawem choroby. Ja to potrafię racjonalizować, zdolna jestem!

Dostałam nowe leki. Było trochę eksperymentowania, ale po pewnym czasie udało się znaleźć kompozycję, która mi pomogła. Dałam sobie duże przyzwolenie na luz i wszelką aktywność zredukowałam do minimum. Moim priorytetem był odpoczynek i uważność na samą siebie. Robienie tyle, ile mogę, a nie tyle, ile powinnam. Bałagan? Owszem, trochę mi przeszkadzał, bo był, nawet nadal czasem bywa. Pranie nie chce samo się składać i wskakiwać do szafy, ale jakoś w tym wszystkim nie utonęłam. Kwiatki nie uschnęły, a zwierząt domowych nie posiadam i być może to właśnie dzięki temu przeżyły.

Jak przeżywałam tę depresję? Na początku całkiem jej zaprzeczałam i nie dopuszczałam do siebie myśli, że znowu mogła mi się przydarzyć. Jak to możliwe, że znowu mnie zaatakowała? Codziennie biorę leki, dbam o rytmy dobowe, zdrową dietę i regenerację. Regularnie uczęszczam na psychoterapię. Korzystam z WRAP’a czyli Planu na zdrowie. Mam swoją skrzynkę z narzędziami poprawiającymi nastrój i potrafię z niej korzystać. Jestem też człowiekiem, a chorowanie (i tym samym zdrowienie) to rzecz ludzka. Zdrowie jest dynamiczne i zmienne. Nastawienie ma duże znaczenie i tym razem też okazało się kluczowe. Jednak nie chodzi mi o magiczne myślenie: „będę zdrowa”. Absolutnie nie! W momencie kiedy odpuściłam, kiedy pozwoliłam sobie na chorowanie (i tym samym zdrowienie), mój stan przestał się pogarszać, a zaczął się poprawiać. Czy to nie jest cudowne?

Może czasem wystarczy zaakceptować rzeczywistość i już sam ten fakt sprawi, że stanie się znośniejsza? Dla mnie uzdrawiające okazało się podejście pełne zgody na niedomaganie, na chorowanie, na życie na 20%, a nie na 120%.

Oczywiście pomocny był też lekarz i farmaceutyki. Warto z tego korzystać, bo po co się męczyć i próbować wyzdrowieć siłą woli?  Nikomu nie zabraniam afirmacji zdrowia, ale uważam, że warto korzystać ze sprawdzonych i skutecznych metod leczenia wszelkich  chorób, w tym  psychicznych.

Zmiany, zmiany, zmiany!

 Ponad dwa lata temu, kiedy zaczynałam prowadzić tego bloga nie miałam żadnego pojęcia o stronach internetowych. Wybrałam jedyne narzędzie, ...