poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Susza

Susza! Nigdy nie przypuszczałam, że będę tu poruszać takie tematy. Jednak problem ten porusza mnie do szpiku kości. Jako dziecko byłam przekonana, że problem suszy dotyczy tylko mieszkańców Afryki. Potem moja wiedza się zmieniła, ale nigdy nie przypuszczałam, że w moim życiu dotknie mnie taka klęska! Kiedy chodziłam do szkoły, w latach 90-tych, to standardem było, że trzy dni w tygodniu był deszcz. Na nikim nie robiło to wrażenia. Teraz, jak spadnie kilka kropli, każdy chodzi jakiś nie w sosie, bo trzeba nosić parasol albo ubrudzą się białe podeszwy w butach! Tak, to prawdziwe, codzienne problemy człowieka XXI wieku!
To, co się dzieje, ma dla mnie podwójne znaczenie. Dosłowne – martwię się o moje roślinki w ogrodzie, cenę warzyw i owoców, zastanawiam się, czy będzie mnie na nie stać? W drugim wymiarze widzę tu znaczenie metaforyczne. Jak niewłaściwe postępowanie może doprowadzić do katastrofy? I nie dotyczy to wyłącznie środowiska naturalnego jako ekosystemu, ale też na mniejszą skalę mnie samej. Jak moje postępowanie wpływa na mnie, na mój stan zdrowia, na mój dobrostan? Chciałabym podzielić się z Wami refleksją na ten temat.
Jest wiele różnych teorii na temat patogenezy choroby afektywnej dwubiegunowej. Mówi się o zaburzonej równowadze neuroprzekaźników, podłożu genetycznym, społecznym, wpływie dzieciństwa, traum i wychowania. Pewnie każdy znajdzie taką teorię, która jest mu najbliższa.
Sama też czasami się nad tym zastanawiam i doszłam do wniosku, że może być to podobny mechanizm jak z powstawaniem suszy.
Po pierwsze nie na wszystko mamy wpływ. Rodzimy się z pewnymi predyspozycjami. Część ich jest od nas niezależna. Tak samo jak nasze postępowanie raczej nie ma wpływu na ilość opadów.
Drugie podobieństwo to to, na co mamy wpływ. O co mi chodzi? Porównałabym tutaj gospodarkę  wodną do gospodarki swoimi zasobami. Można to robić z rozwagą, szacunkiem dla ekosystemu i patrząc długofalowo w przyszłość. Postępować z pełną odpowiedzialnością za wszystkie swoje kroki. I tak samo jest z życiem i zdrowiem każdego pojedynczego człowieka. Uważność na siebie, refleksja, to wszystko sprzyja zdrowiu. Niezbędna jest jednak pewna samoświadomość i zaangażowanie w sprawę. Potrzebna jest też świadomość sprawczości. Trzeba sobie ciągle przypominać, że to jak zachowuję się dzisiaj (jak o siebie dbam) ma kolosalny wpływ na to, jak będę się czuć i funkcjonować jutro. Bez względu na to, czy mówimy o suszy, czy o chorobie (oba stany są katastrofalne dla człowieka), to postawa ma ogromne znaczenie. Oczywiście, nie zawsze to rozwiąże cały problem, ale z pewnością może wpłynąć na zmniejszenie jego skali i łagodniejszy przebieg. Dbajmy o siebie, aby nikogo z nas nie dotknęła susza!

wtorek, 21 kwietnia 2020

Jeszcze będzie przepięknie



Przed Wielkanocą moje kuzynki opublikowały na facebooku zdjęcia swoich płotów. Płoty wyglądały inaczej niż zwykle. Zdobiły je piękne banery w kwiaty z napisem „Jeszcze będzie przepięknie!!!” Tak mi się to spodobało, że poprosiłam o taki sam na mój płot. I tak, kilka dni temu, przystroiłam ogrodzenie.
Jestem przeszczęśliwa, że mogę dzielić się z innymi taką dobrą myślą w tych trudnych czasach.
Miesiąc temu pisałam o tym, co można rozbić zostając w domu. Jak te dwa tematy mają się do siebie?
Myślę, że są bardzo blisko!
Taka dekoracja może dawać innym nadzieję, jest miłym akcentem w czasie drogi do sklepu (pod moim domem przechodzi się idąc do hipermarketu), jest promieniem słońca w naszej szarej rzeczywistości.
Kiedy wieszałam ten baner, jeden z przechodniów powiedział mi, że to propaganda. Ależ oczywiście, że to propaganda! I taką propagandę nadziei chcę szerzyć.
Wiem, że nie jest teraz łatwo. Indywidualni przedsiębiorcy i małe firmy są w bardzo trudnej sytuacji. Zamrożona jest prawie cała gastronomia, turystyka, fitness, kultura i wiele innych branż. Wraz z zamknięciem ludzi w domach spada też zapotrzebowanie na wiele usług, paradoksalnie dotyczy to nawet nowoczesnych technologii, ale także transportu. Wiele usług jest też trudno świadczyć on-line. Mało kto zwraca uwagę na wykluczenie cyfrowe. Wcale nie jest tak, że każdy ma smartfona, tablet i komputer z dostępem do Internetu. Znam ludzi, którzy nawet nie mają telefonu. I to nie komórkowego, ale żadnego! O telewizorze już nie wspominając. Tak, tacy ludzie też istnieją w XXI wieku.
Piszę o tym nie po to, żeby powiedzieć, jak jest źle, tylko żeby zaakcentować, że może być lepiej. Jestem głęboko przekonana, że w dużej mierze to, jak wyjdziemy z tego kryzysu, zależy od nas samych. Widzę to po sobie. Kawiarnia zamknięta, klub fitness zamknięty. Zgodnie z wytycznymi rządu obie z tych branż będą otwierane na samym końcu. Nic tylko siąść i płakać. Ewentualnie wyjechać do lasu, tylko boję się, że wtedy za pół roku obudzę się z przysłowiową ręką w nocniku. Nie płaczę. Każdego ranka biorę się do pracy, szykuję nowe projekty, przygotowuję treści które mogą być przydatne za jakiś czas. Oczywiście nie mam gwarancji, że ktokolwiek będzie chciał mi za to zapłacić. Ryzyko jest po mojej stronie. Dbam o siebie, czytam, uczę się, rozwijam. Robię to dla siebie, ale z wiarą i nadzieją, że da to dobre rezultaty.
Staram się wierzyć, że jeszcze będzie przepięknie! Tolerancja niepewności jest trudna, ciągle się jej uczę, ale wiarę i nadzieję mogę w sobie pielęgnować każdego dnia. A Wam jak idzie?

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Muzykoterapia


Leczenie muzyką przynosi doskonałe efekty w zaburzeniach emocjonalnych. Taka forma terapii jest dostępna dla każdego. Nie trzeba być profesjonalistą, aby poprawić sobie samopoczucie za pomocą dźwięku. Chciałabym się podzielić z Wami moją prywatną listą piosenek poprawiających nastrój. Jest ich wiele, wybrałam aż 12 – po jednej na każdy miesiąc. Dzisiaj publikuje pierwszą szóstkę. W tej odsłonie są to tylko polskie utwory, przy innej okazji zrobię zestawienie zagranicznych.
Styczeń: Olimpiada w Jarzynowie, Kraina Uśmiechu
Początek roku kojarzy mi się z noworocznymi postanowieniami. Przez lata obiecywałam sobie, że od Nowego Roku to schudnę! Kiedy u mojego rodzeństwa pojawiły się dzieci, poznałam utwór „Olimpiada w Jarzynowie”, który uwielbiam nie tylko za radosną melodię, ale przede wszystkim za tekst, którego fragment tutaj przytoczę: „Dlaczego Gruszka chce być chuda jak pietruszka?” Czy to nie pokazuje doskonale, jakie nasze ludzkie pomysły czasem są pozbawione sensu?
Luty: Ezoteryczny Poznań, Pidżama Porno
Pidżama Porno to kultowy zespół dla mojego pokolenia. Ta piosenka podobała mi się od zawsze, ale zrozumiałam jej tekst dopiero, kiedy na własne oczy zobaczyłam Poznań. Pokazał mi go mój starszy kuzyn. Niesamowite, zobaczyć taki świat z piosenki.
Marzec: Wiosna przyjdzie i tak, Kayah i Royal Quartet
Wiosna, to moja ukochana pora roku. Zawsze czekam na nią z wytęsknieniem, kiedy jest mi ciężko, nucę sobie słowa: „wiosna przyjdzie i tak!”
Kwiecień: Nie patrzę wstecz, XY – Społeczność Chrześcijańska Południe
Rok temu jechałam pociągiem do Warszawy na warsztaty w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Sam serwis youtube zaproponował mi tą pieśń i bardzo szybko wpadła mi w ucho.
Maj: My, Myslovitz 
Część z Was może kojarzy film „To My” sprzed 20 lat. To historia młodych ludzi – i w zasadzie to tyle pamiętam z fabuły tej produkcji, za to muzyka gra w mojej duszy do tej pory.
Czerwiec: Defto, Jamal
Ten utwór poznałam od teledysku. Sam teledysk uwielbiam za piękne, intensywne kolory. Z czasem także tekst przypadł mi do gustu, a szczególnie słowa: Na końcu i na początku zawsze jest samotność. Są one dla mnie bardzo prawdziwe.
Zachęcam Was do stworzenia własnej muzycznej listy poprawiającej Wasze samopoczucie. Myślę, że to każdemu pomaga. Muzyka ma moc, a muzyka i słowa mają jeszcze większą siłę!


poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Wielka Ryba

Czas narodowej dobrowolnej izolacji, to dobry czas na czytanie książek (dla mnie jest zawsze dobry czas na książki, ale teraz inni też mogą go wygospodarować). Kupuję mało książek, zazwyczaj korzystam z biblioteki, jednak teraz jest to niemożliwe. Na szczęście w  moich domowych zbiorach są jeszcze takie pozycje, których nigdy nie przeczytałam w całości, oraz takie, do których można wielokrotnie wracać. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić Wielką Rybą autorstwa dominikanina, ojca Adama Szustaka.
Z moją wiarą bywa różnie. Czasem jest silniejsza, czasem słabsza. Mam duży problem z instytucją kościoła, ale to nie znaczy, że mam negować wszystkich ludzi, którzy są z nim związani w jakikolwiek sposób. Określiłabym siebie jako osobę poszukującą swojej religii. Skoro szukam, to czytam, słucham, sprawdzam, jak co funkcjonuje i czy coś mi się podoba czy nie.
Nie pamiętam w jaki sposób, ale kiedyś odkryłam na YouTube kanał Langusta na Palmie, prowadzony przez Adam Szustaka. Był taki czas, że oglądałam go regularnie. I chyba w ten sposób trafiłam na materiał promujący tą książkę. Zainteresował mnie do tego stopnia, że postanowiłam ją zamówić. Sprawił to chyba tekst z okładki: 
„Wielka Ryba może być najważniejszą książką, po jaką kiedykolwiek sięgniesz. Zawiera konkretne, sprawdzone i skuteczne narzędzie do tego, byś mógł odkryć to, do czego zostałeś stworzony, dzięki nazwaniu i uporządkowaniu wiedzy o Twoich talentach i umiejętnościach oraz dostrzeżeniu najważniejszych momentów mocy w Twoim życiu, w których czułeś się naprawdę spełniony.”
Książkę przeczytałam bardzo szybko, ale wiedziałam, że to dopiero pierwsze czytanie. No i najważniejsze, mimo że minęło od pierwszego czytania już pół roku, nadal nie wykonałam ćwiczeń, które są w niej zamieszczone. Czasem już nawet rozmyślałam o tym, jak to się za te ćwiczenia zabiorę, a teraz już wiem, że po prostu to zrobię. Mam czas i postaram się go dobrze wykorzystać. 
Zastanawiam się, czy odkryję u siebie jakieś nowe talenty? Czy utwierdzę się w przekonaniu, że dobrze wykorzystuję moje zasoby? Czy odkryję to, co kocham? Chociaż mam cichą nadzieję, że okaże się, iż idę właściwą ścieżką, a to, co robię i sprawia mi przyjemność, jest tym, co naprawdę kocham.
Jeśli macie ochotę na literaturę dotyczącą własnego rozwoju, ta książka z pewnością Was nie rozczaruje. Jednak, aby odkryć swoją drogę, trzeba się trochę napracować. Tym z Was, którzy się na to zdecydują, życzę wytrwałości i sukcesu.

poniedziałek, 30 marca 2020

Cnota umiaru

Od pewnego czasu żyjemy w nowej rzeczywistości. Zaraza stała się naszą codziennością. Nikt nie wie, jak długo potrwa ten stan, a zarazem każdy liczy, że skończy się najprędzej jak to tylko możliwe. Staram się żyć jak do tej pory, chociaż jest inaczej. Moja praca to przede wszystkim spotkania z drugim człowiekiem, teraz realizowane z użyciem nowoczesnych technologii lub bardziej tradycyjnych form jak telefon. Chcąc nie chcąc, dostałam dodatkowy czas na refleksje nad sobą i światem. Dzisiaj chcę się z Wami podzielić przemyśleniami o cnocie umiaru.
Moje wyjścia poza domowy ogródek są ograniczone do absolutnego minimum. Raz na tydzień zakupy, w razie potrzeby apteka i to tyle. Absolutne minimum. Być może właśnie dzięki tak drastycznej redukcji kontaktu ze światem zewnętrznym zaczęłam dostrzegać to, co do tej pory mi umykało.
Od kilku lat uważam się za osobę rozsądną i bardzo racjonalną. Wydawało mi się, że tak też żyję. Byłam przekonana, że konsumpcjonizm jest mi obcy. Przykładem tego jest fakt, że nadal korzystam z laptopa staruszka, który ma już ponad 12 lat. Nie jest w najlepszym stanie, ale do pisania bloga wystarcza. Wstrzymuję się z kupnem nowego, bo nie chcę przykładać ręki do rabunkowej eksploatacji afrykańskich zasobów wydobywanych przez dzieci.
Wracając do tematu. W czasach zarazy trzeba było wybrać się do sklepu. Lubię Lidla i dlatego właśnie tam się udałam. Ludzi było trochę, ale większość zachowywała między sobą zdrowe odstępy. Większość osób kupowała artykuły pierwszej potrzeby, ja też. Kiedy przechodziłam koło koszy z aktualnymi promocjami (z których zazwyczaj korzystam, bo Lidl doskonale wie, kiedy czego Ci potrzeba i trzeba kupować podkoszulki, jak są podkoszulki, a dżinsy, jak są dżinsy) zobaczyłam sportowe buty. Moja pierwsza myśl? Biorę! Jakość niezła, a cena bardzo przystępna. Zanim do nich doszłam ogarnęła mnie refleksja: Stop! Po co Ci, Krysiu, te buty? Szybko policzyłam w głowie ile mam par sportowych butów. Wyszło sześć, z czego na bieżąco używam trzech, kolejne dwie sporadycznie, a jedne są już w nienajlepszym stanie, ale mam do nich sentyment, więc trudno mi się z nimi rozstać.
Gdyby nie ten czas zarazy, pewnie wzięłabym te buty i jeszcze kolejna fitnessową koszulkę, bo też były w promocji. Na szczęście tego nie zrobiłam i bardzo się z tego cieszę. Myślę, że nawet jeśli przez rok lub półtorej nic nowego nie kupiłabym do mojej szafy, wszystkiego by wystarczyło. No, może po pewnym czasie zaczęłabym chodzić w bardziej spranych rzeczach, ale nadal spełniałyby swoją funkcję. Niepewność związana z aktualną sytuacją spowodowała, że w mojej głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza, szkoda tylko, że potrzebowałam aż tak ekstremalnego bodźca, aby poskromić swój konsumpcjonizm, którego nawet już nie dostrzegałam. 

poniedziałek, 23 marca 2020

Zagubiona dusza

Jeszcze nie tak dawno to nie koronawirus był tematem numer jeden w Polsce. W grudniu, kiedy kiełkowała epidemia w Wuhan, Polaków napełniała duma z Olgi Tokarczuk. Wtedy ustawialiśmy się w kolejkach do księgarni, a jej dzieła były towarem deficytowym. Szybko uruchomiono dodruki, podobnie jak teraz szybko ruszyła domowa produkcja maseczek. Jest jednak pewna różnica. Maseczki z pewnością szybko zostaną zużyte, a czy książki przez te kilka miesięcy zostały już przeczytane? Jeśli nie, teraz jest znakomita okazja. Można zostać w domu i spokojnie czytać książki. Ja do tej pory nie przebrnęłam przez Księgi Jakubowe, ale udało mi się trochę poznać twórczość noblistki.
Mam w domu piękne wydanie jej książki Zagubiona dusza z ilustracjami Joanny Concejo. Publikacja została wydana w 2017 roku. Myślę, że jej przesłanie już wtedy było adekwatne do rzeczywistości, ale dopiero teraz zyskało kolejny wymiar.
Obcowanie z tą książką jest dla mnie wielką przyjemnością. Wielokrotnie po nią sięgałam przez kilka ostatnich miesięcy. Czasem nawet kilka razy w tygodniu. Lubię fakturę papieru, na którym została wydana, lubię jej zapach, obrazki ukryte w jej wnętrzu, no i samą treść.
Jestem teraz w kropce, bo chciałabym uniknąć pisania streszczenia. Zresztą to jedna z „najkrótszych” książek, jakie znam. W zasadzie opowiadanie. Jego bohaterem jest człowiek, który zgubił swoją duszę. Bardzo chciał ją odnaleźć, więc nie pozostało mu nic innego jak spokojnie na nią poczekać.
Tak sobie myślę, że wielu z nas też dawno zgubiło swoje dusze, a teraz ten czas siedzenia w domu to idealna okazja, aby na swoją duszę poczekać i ją odnaleźć. Wydaje mi się, że życie z własną duszą, we własnym ciele, jest o wiele bogatsze, co wcale nie znaczy, że prostsze. Gorąco zachęcam Was do lektury tej książki. Internet zapewne Wam w tym pomoże. Miłej lektury!

poniedziałek, 16 marca 2020

#zostań w domu

Nastały trudne czasy. Czasy wielkiej próby. Czas, który trzeba spędzić przede wszystkim we własnym towarzystwie, a jak wiadomo nie zawsze jest to łatwe. Pisałam o tym w tekście Sam na sam. Nie chcę teraz komukolwiek tłumaczyć, że sytuacja, która nas spotkała, to wielkie błogosławieństwo i wyjątkowa okazja do podróży w głąb samego siebie. Nie każdy na tę podróż jest gotowy. Chciałabym się podzielić moim pomysłem na ten okres. Co i jak zrobić, aby dobrze go przeżyć?
#zostańwdomu
Zasada numer jeden. Priorytet! Każdy z nas może być nosicielem koronawirusa i zarażać innych, nawet jeśli sam czuje się dobrze. Dobrowolna izolacja jest jak zapobiegawcza kwarantanna. Nikt nie da nam mandatu za wyjście na spacer lub do apteki, ale wszystkie wyjścia i kontakty dobrze jest ograniczyć do absolutnego minimum. Ja już od kilku dni siedzę w domu. Dziś byłam w przydomowym ogródku. Wiem, że nie każdy ma taki komfort. Jeśli musisz zrobić zakupy, wybierz takie miejsce, gdzie nie będzie zbyt wielu ludzi. Poczekaj na zewnątrz sklepu i staraj się zachować zdrowy odstęp od innych ludzi.
Udało Ci się zostać w domu? Brawo! Być może zastanawiasz się teraz co masz tutaj robić? Moja lista zajęć jest następująca, i mam nadzieję, że sukcesywnie zadania te będą znikać:
- porządki (kurze, podłogi, okna, wnętrza szaf i szafek, segregacja ciuchów i papierów, a także zawartości komputera i telefonu)
- czytanie (zaległości w lekturach mam zawsze i mimo że zamknęli biblioteki jakoś sobie poradzę; być może w końcu zrealizuję mój projekt życia i przeczytam CAŁE Pismo Święte i Torę, ale myślę, że aż tak długa ta kwarantanna nie będzie
- treningi (nie za bardzo lubię ćwiczyć w domu, ale nie chcę skończyć tego okresu bogatsza o 10 kg tłuszczyku)
- blog (ostatnio byłam bardzo zapracowana i nowe treści pojawiały się tutaj rzadko, mam nadzieję, że teraz to się zmieni)
-praca (moja praca to przede wszystkim kontakt z drugim człowiekiem, jednak już od jakiegoś czasu myślałam o przygotowaniu pewnego projektu wykorzystującego nowe technologie, teraz będę mieć więcej czasu, aby o tym pomyśleć i być może nawet coś przygotować)
#plandnia
Plan dnia jest bardzo istotny. Zwłaszcza teraz, kiedy łatwo spędzić cały czas w piżamie. Nie mówię, że jest to złe. Można zaszaleć i spędzić tak weekend, ale to w zupełności wystarczy. Przede wszystkim trzeba normalnie żyć. U mnie wygląda to tak. Wstaję, jem zdrowe śniadanie, biorę leki. Myje się i ubieram, a potem zabieram się za życie. Nie oznacza to, że cały dzień wypełniają mi obowiązki. Trzeba sobie zaplanować to, co pożyteczne, aby nie marnować czasu, i to co daje relaks (np. rozmowy telefoniczne i internetowe, trening, film, książka, spacer na odludziu).
#wspierajinnych
Nie wiem, w jakiej jesteś sytuacji, ale być może inni mają gorzej. Co masz zrobić? Nie trzeba wiele. Możesz do kogoś zadzwonić, szczególnie do babci, dziadka, ciotki, wujka albo sąsiadki która też siedzi sama w domu. Ważne, nie odwiedzaj tych osób, tylko zadzwoń i porozmawiaj. Jeśli masz dużą odporność i sam decydujesz robić się zakupy, możesz też zrobić je dla innych, ale nie jest to okazja do wstąpienia na kawkę czy herbatkę. Zrób zakupy i zostaw je pod drzwiami, a należność między sobą uregulujcie przelewem lub później, kiedy będą już spokojniejsze czasy.
#zachowajspokój
Nie siej paniki. Nie powielaj informacji z niesprawdzonych źródeł. Zamiast powiedzieć za dużo, lepiej pomilczeć. Ta zasada sprawdza się zawsze.
#medytuj #módlsię
Te dwa terminy mogą komuś wydawać się opozycyjne, jednak chodzi w nich o to samo. W zależności od światopoglądu wybierz właściwą dla siebie opcje

Moja lista zawiera pięć obszarów. Ty możesz skomponować swoją własną. Będzie mi bardzo miło, jeśli stanę się dla Ciebie inspiracją. 

poniedziałek, 2 marca 2020

Epidemia XXI wieku

Od listopada chodzi mi po głowie temat samobójstw. Powoli go zgłębiam, ale nadal nie czuję się ekspertką. Owszem, miałam myśli samobójcze. Nawet plany, ale nigdy nie przystąpiłam do ich realizacji. Zawsze zwlekałam. Nie wiem, czy brakowało mi odwagi, czy jednak odzywały się resztki instynktu wybierającego życie, a nie śmierć.
Tak sobie myślę o różnych zagrożeniach dla życia. Teraz, kiedy świat ogarnęła panika przed pewnym wirusem, na który być może wkrótce znajdzie się szczepionka. Wszystkie media, ludzie na ulicach, każdy o tym dyskutuje. Pozwolę sobie postawić pewną tezę, być może odważną. Uważam, że największym zagrożeniem dla ludzkości XXI wieku nie jest żaden wirus ani terroryzm. Być może są to zmiany klimatyczne, a być może jest to samotność.
Samotność może dopaść każdego. Zwłaszcza tych, którzy mają problem w relacji ze sobą samym. Wtedy bardzo trudno budować relacje z innymi. Owszem, przedszkole, szkoła, praca – te miejsca ułatwiają socjalizację, ale nigdzie nikt nie uczy, jak być z drugim człowiekiem.
Co więcej nikt nie robi nic, aby to zmienić. Żaden rząd na świecie nie podejmuje tego trudnego tematu. Jako że problem jest istotny, znajduje odpowiedzi na rynku komercyjnym. Aplikacja Tinder (do randkowania i poznawania nowych ludzi) przynosi większe zyski niż serwis Netflix. Chociaż obawiam się, że na dłuższa metę to i tak nie rozwiąże problemu. 
Sytuacja ekonomiczna współczesnego społeczeństwa europejskiego jest na tyle dobra, że wielu ludzi nie tylko żyje samotnie, ale i samotnie mieszka. Wiele osób pracuje zdalnie (bo tak wygodniej, nie trzeba tracić czasu na dojazdy do pracy i stać w korkach), spędzając całe tygodnie tylko w swoim towarzystwie. Powiem wprost, uważam, że ludzie dziwaczeją. Ograniczają swój świat do laptopa i telefonu. Te narzędzia pozwalają pracować i dostarczać sobie rozrywkę. Pozwalają na utrzymywanie pseudorelacji (np. przeglądanie na mediach społecznościowych profili znajomych) i wchodzenie w płytkie interakcje, polegające na zostawieniu wesołej minki lub kciuka uniesionego w górę. To takie namiastki bliskości.
Każdy człowiek do dobrego i pełnego funkcjonowania potrzebuje innych ludzi. Nie chodzi tu o ilość, tylko o jakość. Uważam, że absolutnym minimum jest jedna zdrowa i karmiąca relacja. Tylko, niestety, nie można tego dostać na receptę. Trzeba to sobie wypracować samemu, metodą prób i błędów, małych sukcesów i wielkich porażek. Łatwo nie będzie, ale myślę, że to jedyna droga, aby zapobiec epidemii samotności, która w ujęciu długofalowym może mieć śmiertelny finał.

poniedziałek, 17 lutego 2020

(Nieoficjalny )Asystent Zdrowienia w praktyce


Od pewnego czasu w psychiatrycznej służbie zdrowia dużo się mówi o nowym zawodzie, jakim jest Asystent Zdrowienia. Wkrótce w każdym Centrum Zdrowia Psychicznego obowiązkowo będą zatrudniane takie osoby.  Sama w pewnym momencie bardzo chciałam zostać „oficjalnym” Asystentem Zdrowienia i podjąć pracę w tym charakterze. Na szczęście życie pisze najlepsze scenariusze i – jak do tej pory – takim „oficjalnym” Asystentem Zdrowienia nie zostałam. Być może podchodziłabym do tego tematu inaczej, gdybym miała etat i wynagrodzenie za wspieranie i konsultacje moich „podopiecznych”, jednak charakter tej działalności byłby podobny.
Odkąd prowadzę bloga dzielę się moim doświadczeniem.  Osoby w potrzebie kontaktują się ze mną, a ja chętnie służę informacją i wsparciem. Z czasem tych osób przybywa. Jedni pojawiają się incydentalnie, inni stale korzystają z mojego wsparcia, jeszcze inni pojawiają się okresowo. Pewne jest jedno: zawsze mam co robić w tym temacie. Jest to ciekawe doświadczenie, poznaję wielu ludzi i ich historie. Widzę, jak zmienia się ich życie, mogę obserwować ich rozwój, ale też upadki. Czasem jestem bardzo pozytywnie zaskoczona czyimiś sukcesami, a czasem zastanawiam się, dlaczego ktoś – mimo tak profesjonalnej pomocy, z której może korzystać – nadal stoi w miejscu lub wręcz się cofa.
Nie lubię się zarzekać, bo wiem, że życie nie musi być prawdopodobne i po prostu jest. Dzieją się w nim różne rzeczy. Na chwilę obecną myślę, że nie chcę być już asystentem zdrowienia. I nie chodzi mi tutaj o pomoc lub wsparcie internetowe, które Wam udzielam. To jest ok. Po prostu myślę sobie, że nie chciałabym, aby całe moje życie zawodowe koncentrowało się wkoło psychiatrii i kryzysów.
Sama nazwa Asystent Zdrowienia, mówi że osoba ta towarzyszy w procesie zdrowienia, jednak niestety temu zawsze towarzyszy też choroba, ból i cierpienie. Myślę, że człowiek już zdrowiejący w zasadzie nie potrzebuje wsparcia asystenta,  człowiek zdrowiejący jest już na dobrej drodze. Wsparcia potrzebuje człowiek chorujący, a praca z nim jest bardzo trudna i obciążająca. Nie zawsze przynosi sukcesy, może rodzić frustrację. To zwyczajnie ciężka praca!
A jakie są wasze przemyślenia w tym temacie? Czy robicie kursy Asystentów Zdrowienia? Czy chcielibyście pracować w takim charakterze w pełnym wymiarze czasu pracy? Czy korzystacie lub korzystaliście ze wsparcia Asystenta Zdrowienia i jak oceniacie taką współpracę? Czekam na Wasze opinie i komentarze.

poniedziałek, 3 lutego 2020

Wychodzę z nory


Dzień Świstaka przypada drugiego lutego. W tym roku i ja w tej okolicy wyszłam z mojej zimowej nory. Absolutnie nie przestraszyłam się swojego cienia. Dla mnie zima się skończyła, chociaż w tym roku, mimo że nie było śniegu ani mrozu, to dla mnie była wyjątkowo ciężka.
W zimowym śnie umknęło mi podsumowanie starego roku i noworoczne postanowienia. Nic nie szkodzi. Teraz to nadrobię, bo moim zdaniem Nowy Rok może być codziennie, nie tylko wtedy, gdy jest czerwona kartka w kalendarzu i dzień ustawowego wolnego do odespania sylwestrowych szaleństw.
2019 był dla mnie dobrym rokiem. Owszem, nie obyło się bez gorszych dni i trudnych wyzwań. Za moje największe sukcesy minionego roku uważam odbyte warsztaty e-CPR z Danielem Fisherem, oraz te, które sama miałam okazję przeprowadzić, czy to dla firm, czy uczestników konferencji. Fajnie być szkoleniowcem i dobrze czuję się w tej roli. Mam nadzieję, że przede mną więcej takich wystąpień. Cieszę się też, że mimo drobnych kryzysów moje zdrowie było na tyle dobre, że już drugi rok z rzędu nie byłam hospitalizowana, a miałam krótki moment zwątpienia. Na szczęście WRAP zadziałał i sama, w swoim tempie, odzyskałam dobrą kondycje.
Postanowienia na nowy rok? Nie mam ich wiele. Na razie pewne wizje powoli rodzą się w mojej głowie, ale minie jeszcze trochę czasu, zanim dojrzeją do tego stopnia, abym mogła je zwerbalizować i zacząć planować ich realizację. Tym, co chcę zrobić jest założenie przydomowego warzywniaka. Planuje posadzić rukolę , pietruszkę, dynię, cukinię, może bazylię. Miejsce już mam. Trzeba je tylko przekopać, przygotować sadzonki, a potem dbać i podlewać. Mam nadzieję, że uda mi się to zrealizować. Przy okazji mogę się pochwalić, że ubiegłoroczne postanowienia udało mi się zrealizować. Było to zdecydowanie łatwiejsze, dzięki temu, że podeszłam do tego metodycznie. W tym roku także planuje skorzystać z systemu SMART októrym pisałam tutaj.
Tak sobie myślę, że całkiem dobrze jest zaczynać rok z takim miesięcznym poślizgiem. Jest już po Blue Monday. Dni są dłuższe i jakiś większy entuzjazm czuję w sobie. Nawet moja gerbera, która towarzyszy mi od lat, wypuściła już nowe liście i miniaturowe dwa pączki, a jeszcze parę dni temu była w opłakanym stanie. Czasem sobie myślę, że ta gerbera idealnie odwzorowuje mój stan ducha. I mam nadzieję, że wkrótce razem zakwitniemy.

Zmiany, zmiany, zmiany!

 Ponad dwa lata temu, kiedy zaczynałam prowadzić tego bloga nie miałam żadnego pojęcia o stronach internetowych. Wybrałam jedyne narzędzie, ...